Strony

Translate

czwartek, 18 lutego 2016

Niezapomniany zimowy obóz...

Zbliżały się długo wyczekiwane ferie. Postanowiłam sobie iż będą one niezapomniane.
Tak też się stało. W pierwszy dzień błogiego lenistwa udałam się z moją przyjaciółką Marleną na zakupowe szaleństwo. Wstąpiłyśmy do każdego napotkanego centrum handlowego przemierzając wszystkie sklepowe półki,  ale żadna rzecz nie wpadła nam w gust. Jak to zwykle bywa wyszłyśmy z pustymi torbami. Zrezygnowane dalszymi poszukiwaniami postanowiłyśmy wrócić do mojego domu, a tam czekała na mnie niespodzianka. Od zawsze marzyłam by pojechać na obóz zimowy, lecz nigdy nie sądziłam iż to się przydarzy, ponieważ moja rodzina nie należała do najzamożniejszych osób w okolicy. Przekraczając próg drzwi od razu podbiegła do mnie uśmiechnięta mama, a w ręku trzymała rezerwację na kolonię.
 Byłam naprawdę zaskoczona, gdy zobaczyłam na kartce napis" Zakopiańskie Ferie".
 Zaczęłam skakać z radości, byłam bardzo podekscytowana, ale w pewnym momencie naszła mnie jedna smutna myśl, że nie mogę ze sobą zabrać Lenki. Te ferie miałyśmy spędzić tylko razem. Na szczęście całą kwotę wpłacało się dopiero dzień przed wyjazdem.  Po krótkim namyśle podziękowałam z całego serca mamie i powiedziałam, że te ferie spędzę w domu.  Nie uwierzycie jaka była zdziwiona po usłyszeniu tych słów. Córka, która od zawsze marzyła by pojechać na kolonię, gdy ma taką okazję po prostu odmawia. Marlena domyśliła się z jakiego powodu przekreśliłam swoje marzenia i była naprawdę wzruszona. Nie mogła się jednak pogodzić z moją decyzją i po długiej rozmowie w moim pokoju przekonała mnie, że taka okazja może się już nie zdarzyć. Zeszłam więc do mamy i zapytałam:
- Czy oferta kolonii jest jeszcze aktualna?
- Oczywiście kochanie. Zeszłaś w samą porę, gdyż właśnie miałam dzwonić do firmy, aby odwołać rezerwację. Możesz mi powiedzieć, dlaczego nie chciałaś jechać na ten obóz?
- Chciałam spędzić te ferie z Leną. Miałyśmy tyle planów do zrealizowania. Nie zmieniłabym swojej decyzji, ale przekonała mnie, że nasze plany mogą poczekać.
- Dobrze, że Cię przekonała, gdyż nie wiem czy następnym razem mogłabym Ci zafundować takie wczasy.
W tym momencie twarz mamy jakby posmutniała. Nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, że zmaga się ona ze złośliwym rakiem. Niczego nieświadoma odpowiedziałam:
- Mamusiu nie smuć się. Nawet gdybym miała nigdy w życiu nie pojechać na ten obóz to cieszę się bardzo, że Cię mam.
Przytuliłam ją mocno i wróciłam do Marleny. Cały dzień zeszedł nam na oglądaniu romantycznych filmów. Jeszcze nigdy w życiu tak nie płakałyśmy. Za dwa dni był mój wyjazd, więc musiałam powoli się pakować. Oczywiście jak zwykle mogłam liczyć na pomoc Lenki, która tej nocy u mnie spała. Wyciągnęłam wielką walizkę i zaczęłyśmy wkładać do niej najpotrzebniejsze rzeczy.
Gdy wszystko było już spakowane wybrałyśmy się do kuchni, aby przygotować na noc masę jedzenia. Widziałyśmy się ostatni raz przed moim wyjazdem, więc nic dziwnego, że chciałyśmy całą noc sobie poplotkować. Na pierwszy odstrzał poszło zrobienie pysznej malinowej galaretki w której znajdowały się bardzo różne owoce. Począwszy od agrestu, a zakończywszy na czarnej porzeczce.
Ostatni dodany owoc nie był najlepszym pomysłem, ponieważ w połączeniu z galaretką i innymi składnikami dał bardzo mdły smak. Gdy nasz deser został już przygotowany włożyłyśmy go na kilka godzin do lodówki, a w międzyczasie zajęłyśmy się robieniem bitej śmietany. Oddzieliłyśmy białko od kurzego żółtka i zaczęłyśmy ubijać pianę. Dosyć szybko nam to zeszło, ale nasunęło się pytanie co zrobić z żółtkami? Wtedy wpadłam na genialny pomysł! Z pozostawionych odpadków zrobiłyśmy sobie maseczki. Śmiechu przy tym było co niemiara, a wyglądałyśmy kosmicznie. Pochodziłyśmy w nich trzydzieści minut i następnie je zmyłyśmy lecz to nie należało do najłatwiejszego zadania, ponieważ jajko miałyśmy praktycznie wszędzie. Wydaje się, że w całej tej zabawie zapomniałyśmy o galaretkach, ale nic z tych rzeczy. One były już gotowe do zjedzenia. Każda z nas wzięła swoją porcję i delektowała się nią dosłownie przez kilka sekund, gdyż jej smak nie przechodził przez gardło. W tej chwili nastał kolejny problem... Co zrobić z galaretkami i nadmiarem bitej śmietany?
Było już po trzeciej w nocy, na polu wielki mróz, a do poranka zostało kilka godzin. Postanowiłyśmy ubrać kozaki, zarzucić na siebie grube kurtki i na paluszkach czmychnąć na zewnątrz do pobliskiej gnojówki. Tam się rozdzieliłyśmy, ponieważ jedna z nas miała stać na czatach.  Ja zostałam ze śmietaną przy drzwiach, a Lenka poszła do gnojówki wywalić galaretki. Gdy je wyrzucała dostrzegła jakieś dziwne stworzenie. Tak się tego przestraszyła, że uciekając aż jedną miseczkę rozbiła. W tym czasie pozbywałam się śmietany. Niestety, Marlena wyskoczyła zza drzwi tak nagle iż cała zawartość białej piany znalazła się na jej twarzy. Jak ją zobaczyłam nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Lenka w tym momencie troszkę się zdenerwowała i zaczęła toczyć bitwę na śnieżki.
Tak szybko nam minął czas, że nawet się nie obejrzałyśmy, a była już szósta nad ranem.  Odprowadziłam Marlenę do domu, pożegnałam się z nią i wróciłam do siebie.
 Od razu położyłam się spać i tak przespałam calutki dzień.
Następnego poranka obudziła mnie mama. To był ten czas kiedy po raz pierwszy miałam wyjechać na 10-dni do Zakopanego. Powiem szczerze, że w sercu czułam jakiś dziwny niepokój. Jakby coś podczas mojej nieobecności miało się wydarzyć. Na szczęście te wątpliwości szybko zniknęły, gdy pojawiłam się na miejscu. Moim oczom po raz pierwszy ukazały się widoki wysokich szczytów górskich. Oniemiałam z zachwytu, Byliśmy zakwaterowani w pięknym drewnianym domku, a nasza grupa liczyła czterdzieści pięć osób wraz z opiekunami. W pokoju mieszkałam z czterema dziewczynami. O dziwo się z nimi zakolegowałam. Z natury niechętnie nawiązuje nowe znajomości.
Pierwszy i drugi dzień spędziliśmy na poznawaniu okolicy. Zrobiłam naprawdę wiele zdjęć, będę miała co opowiadać i pokazywać mamie. Kolejnego dnia wybraliśmy się z grupą na sanki
(o ile można to tak nazwać). Gospodarz domu przygotował nam do zjeżdżania worki po psiej karmie. Napchał do nich siana, związał mocno sznurkiem i rozdał każdemu. Sanki drewniane otrzymał Antek, gdyż poprawnie odpowiedział na wymyśloną zagadkę przez naszego opiekuna.  Śniegu było po kolana, więc wdrapanie się na górkę sprawiało każdemu trudności, ale nie poddawaliśmy się, ponieważ każdy z nas chciał wypróbować nowy pojazd.
W pewnym momencie podszedł do mnie Antek i zapytał:
- Kasiu czy mogę zjechać na Twoim worku? W zamian za to dam ci te drewniane sanki.
Pomyślałam czemu by nie, przecież raz możemy się wymienić. Nie wiedząc kiedy poślizgnęłam się, a za sobą pociągnęłam sanki. Sytuacja stała się dosyć niebezpieczna, gdyż nie mogłam się zatrzymać, bo tuż za mną śmigały rozpędzone sanki. Moja trasa dobiegała końca... W głowie miałam tyle myśli... Nie chciałam skończyć na wózku inwalidzkim... Nie wiem jakim cudem, ale na samym dole, gdy już myślałam iż zaraz poczuję w plecy łomot rozpędzonych sanek, one wylądowały obok mnie.
Dziękowałam Bogu, że tak to wszystko się skończyło. Opiekun był osłupiały tym co właśnie przed chwilą miało miejsce. Niestety, ale o całym tym zdarzeniu musiał powiadomić moją mamę.
Chwycił za telefon, wykręcił numer i czekał aż ktoś podniesie słuchawkę. Niestety w telefonie trwała głucha cisza... Powiedziałam iż moja mama zapewne jest teraz w pracy i jeżeli już musi ją powiadomić niech zadzwoni jutro w godzinach porannych.
Pan Michał, bo tak miał właśnie na imię nie posłuchał moich rad i próbował aż do skutku nawiązać kontakt z moją mamą lecz za każdym razem było to samo. Głucha cisza...
Późnym wieczorem postanowił zatelefonować ostatni raz. Tym razem słuchawka została podniesiona, więc opiekun od razu przeszedł do rozmowy:
- Dobry wieczór. Z tej strony Michał Leśniak, opiekun kolonii Zakopiańskie Ferie. Przepraszam, że dzwonię tak późno, ale nie mogłem się wcześniej do pani dodzwonić. Chciałem panią poinformować, że w dzisiejszym dniu podczas wyprawy na sanki miała miejsce niebezpieczna sytuacja, w której uczestniczyła pani córka. Niespodziewanie poślizgnęła się z górki i pociągnęła za sobą sanki... Proszę się nie denerwować, na szczęście wszystko skończyło się happy endem. Kasia jest cała i zdrowa.
W telefonie po tych słowach nikt się nie odezwał....
Halo słyszy mnie pani?
W tym momencie pan Michał usłyszał głos mężczyzny...
- Dobry wieczór. Z tej strony doktor Adam Wierzbicki. Niestety muszę pana z przykrością poinformować, że pani Roksana Rogowska zmarła kilka godzin temu.
Pan Michał stanął jak wryty.... Z początku myślał, że pomylił numery telefonu, lecz niestety imię mojej mamy, a także nazwisko się zgadzało.
 Doktor Wierzbicki opowiedział mu, że moja mama od kilku lat zmagała się ze złośliwym rakiem, a trzy dni temu przyszła na kolejną chemioterapię. Niestety jej organizm tym razem tego nie wytrzymał. Miała liczne przerzuty w organizmie.
 Poprosił go by przekazał mi tą informację jak najszybciej.
Kolejnego, pięknego słonecznego poranka wstałam uśmiechnięta od ucha do ucha. Poszłam wykonać należyte codzienne czynności , a następnie podeszłam do okna podziwiać piękne tatrzańskie widoki.
Za oknem nie tylko podziwiałam góry, ale także piękny śnieg, którego kryształki mieniły się w słońcu. Nadszedł czas na śniadanie. Zeszłam do jadalni. Byłam bardzo ciekawa co kucharki tym razem nam przygotowały. Jedzenie tutaj było wyśmienite. Po śniadaniu mieliśmy zwiedzić Gubałówkę, wiele słyszałam o tym miejscu od moich kolegów z klasy.
W pewnym momencie, gdy czekałam na herbatę podszedł do mnie pan Michał:
- Kasiu, czy możesz podejść do mojego stolika? Chciałbym z Tobą chwilę porozmawiać.
-Oczywiście już idę - odrzekłam.
Nie spodziewałam się tego co za chwilę usłyszę.
- Kasiu... mam dla Ciebie bardzo smutną wiadomość. Proszę Cię usiądź...
Usiadłam...
Nie wiem jak Ci to powiedzieć.... Dzwoniłem wczoraj późnym wieczorem do Twojej mamy, ale zamiast niej słuchawkę odebrał Doktor Wierzbicki.
- Doktor Wierzbicki? Pierwszy raz słyszę o takim człowieku.
Kto to jest? Co ma związanego z moją mamą?
- Proszę Cię nie przerywaj mi... Doktor Wierzbicki od kilku lat nadzorował chorobę Twojej mamy. Wiem iż o żadnej chorobie nie miałaś pojęcia, gdyż Twoja mama zażyczyła sobie, aby o tym nikomu nie mówić i oczywiście miała takie prawo. Przez kilka lat zmagała się z bardzo złośliwym rakiem, którego niestety nie udało się pokonać. Zmarła wczoraj... Naprawdę bardzo mi przykro...
- Co pan do mnie mówi?! Czy pan upadł na głowę?! Przecież cztery dni temu odprowadzała mnie na miejsce zbiórki! Nie miała żadnego raka!
- Przykro mi...- odrzekł. Oczywiście jeżeli chcesz jeszcze dziś zawieziemy Cię do domu.
W tym momencie całe moje życie stanęło do góry nogami. Wyleciałam z jadalni cała rozmazana, zaczęłam wydzwaniać na numer mamy, ale w telefonie panowała głucha cisza... Nikt nie odbierał...
Płakałam w niebogłosy, pytałam Boga dlaczego, lecz nie usłyszałam żadnej odpowiedzi.
Wokół mnie nastała cisza... Wróciłam do swojego pokoju. Moje lokatorki już tam były, o wszystkim wiedziały. Nic nie powiedziały tylko mnie mocno przytuliły. Moje rzeczy już były spakowane. Wszyscy dobrze wiedzieli, że w takim momencie nie będę miała ochoty przebywać na obozie.
   Obóz zimowy, który miał być moją najwspanialszą przygodą życia, stał się istnym horrorem.
Wróciłam do domu.... czekali tam na mnie już dziadkowie. Gdy ich zobaczyłam to od razu rzuciłam się im w objęcia. Zaczęliśmy wszyscy szlochać...
Wtedy na stoliku zobaczyłam kartkę od mojej mamy.
Było na niej napisane: Przepraszam kochanie. Kiedyś się spotkamy w niebie. Wiedź, że zawsze będę nad tobą czuwała. Kocham Cię!
Ps. Mam nadzieję, że dobrze bawiłaś się przez te kilka dni na obozie. 
Przez cały ten czas zastanawiałam się, dlaczego mi nie powiedziała. Dlaczego to ukrywała...
Teraz już wiem, gdyż sama posiadam swoje dzieci i choruję na tą samą chorobę.
 Gdybym im powiedziała ich dzieciństwo by się skończyło...